- Janusz Bojarzyniec-

<< powrót



Do dziewczyny


Ucałuj jego czoło
taki pocałunek
koi lęk przed utratą
ciebie

Ucałuj jego oczy
taki pocałunek
odpędza złe sny
o twojej zdradzie

Ucałuj jego ręce
taki pocałunek
wybacza
twoje kłamstwa

Ucałuj jego usta
taki pocałunek
pozwoli mu zapomnieć
twoje zdrady i kłamstwa

Ale nie
utratę ciebie






Dobranoc


Twój spokojny oddech
loku odgarnięcie z czoła
przez sen
Ciepło twoich skroni
poduszka zwinięta w kłębek
odrzucona kołdra
rozchylone usta

Obrazy - majaki
czyjś niesłyszalny głos

Pomieszane ze sobą
wspomnienia z jawy
takie nieprawdziwie rzeczywiste

Westchnienie
jak cichy swiergot ptaka
w ciepłym gnieździe snu
może szloch

Zabląkany uśmiech
jeszcze nierozbudzony
ręką która chce przygarnąć
kogoś

Twój sen
księżycowy gwiezdny -
ja

Pamiętasz jeszcze
życzyłem ci
dobrej nocy






Dwoje


Oto nas dwoje: ty i ja.
Od kiedyż to? Już nie pamiętam.
I w ciszy nocnej, w gwarze dnia,
i w dzień powszedni i od swięta.

Dwoje nas razem: ja i ty.
Dłoń w dłoni, twarz przy twarzy,
przez słońce, deszcze, poprzez mgły,
przez wszystko, co się zdarzy.

Dwoje nas: ciała nasze dwa-
które piękniejsze od którego?
Kto więcej siebie komu da?
Z czyjego więcej: z twego? z mego?






Zamieszkamy na złotej uliczce


Chodź, przejdziemy koło Czarnej Wieży
tą uliczką od Świętego Wita,
a wejdziemy na zaułek wierszy
i tam w progu domu cię przywitam.

Wejdź, wstąp tutaj choć na chwilę,
a napewno zechcesz już pozostać;
może tu, z wypchanym krokodylem-
niech nie lęka cię ta groźna postać!

Albo tam, gdzie żołnierz przy muszkiecie
ma marsową taką groźną minę.
Nie bój się, on jest z wosku przecież
tak, jak nocą księżyc nad Hradczynem.

A gdy zechcesz, to poproszę rycerzyka,
co odbiera na dziedzińcu defilady,
żeby co noc drzwi malutkie nam zamykał,
albo żeby stał tu tylko dla parady.

A przed domem wywiesimy tę tabliczkę: "Zwiedzać można w piątki tudzież wtorki,
kto zaś wejdzie w inne dni na tę uliczkę
będzie wtrącon wprost do Deliborki !"

I nie będzie nikt już miał odwagi
mieszać się w te nasze nocne sprawy.
I pokażę ci jak z nieba Pragi
pada zloto prosto do Weltawy.






Praskie Kupidyny

Zacni mieszczanie nie gorszą się wcale
i świętym oburzeniem nikt się nie unosi,
że na Mostowej Wieży pachoł jakiś sprośny
kieckę dziewczynie podnosi.
A tuż obok wejścia do Tynskeho Chrama
Ziemia się między dziewczęce wkręca (sic!) kolana.

Ech, druhu Breugnonie! Tu cię, tu cię trzeba;
do tych kaczek dzikich - podlałbyś je winem,
do tych kiecek, do kolan - podszczypałbyś krzynę...

Marchołt chyba w tym mieście trochę poharcował:
cztery razy cesarza Karola ożenił,
a pod mostem Brunświka i lwa zaczarował.
Teraz leży cesarz między niewiastami
i modli się o zgodę pomiędzy żonami.

Brunświk miał swoją słodką Dulcyneję,
a cesarz Blankę - niezgorszą heterę.
Brunświk przez ukochaną w pustynię wędrował,
a cesarz się przed żoną w zamku swoim chował.
Aliści się na sposób białogłowa wzięła i swego dopięła. Nie pomogły fosy, mury ani warta-
baba z mieczem w ręku, to gorsze od czarta!
Boć się przebrała onaż i w szranki stanęła,
ubiła jednego nim przebranie zdjęła.
Cesarz rychło w woju poznał żonę swoję,
po czym do sypialni otwarł jej podwoje.

Takiż tedy moral z opisania tego
dla wędrowca wszelakiego:
czyliś jest szlachcicem czy też mieszczaninem,
w Pradze nie ustrzeżesz się przed Kupidynem!






A la guerre comme a la guerre


Najpierw szpiegów wyprawić,
Potem czujki wystawić,
Zbadać teren, zajść z tyłu znienacka.
Układami omotać,
Nie żałować też złota
I gotowa, gotowa zasadzka.

Grać na zwłokę i zawsze nie fair-
A la guerre comme a la guerre...

Obserwować i czekać
I udawać i zwlekać
I gotować się wciąż do ataku.
Wreszcie z flanki uderzyć
I przed strzałem wymierzyć,
By naboi nigdy nie zbrakło.

Ofensywy tej w dloń ująć ster-
A la guerre comme a la guerre...

Gdy wymaga taktyka
Uznać, że przeciwnika
Nastąpiła chwilowa przewaga.
Wyrwać się z okrążenia,
Niech strategia się zmienia,
Bo niewiele pomoże odwaga.

Najtrudniejsza z wojennych to gier-
A la guerre comme a la guerre...

A gdy już flaga biała
Spod okopu wyjrzała
I przedpola umilkła już przestrzeń,
Karty zatrzymać w dłoni,
Nie odkładać już broni
I na muszce mieć oko wciąż jeszcze.

Jeśli atut, to tylko as kier-
A la guerre comme a la guerre...

Oto bitwa wygrana,
Oto bitwa przegrana-
Komu klęską, a komu jest chwałą?
Komu rany opatrzyć,
Komu, komu przebaczyć
Gdy na polu tylko zostało

Serce ptakom rzucone na żer?
A la guerre comme a la guerre...






Kochać w Paryżu


Rankiem
usiądę z tobą w Ogrodzie Luksemburskim
abyś mogła dzielić swoje uśmiechy
pomiędzy mnie
a bawiące się wokół sadzawki dzieci

W słoneczne południe
ustawię cię na skwerze
w koronkowej ramce absydy Notre Dame
niech myślą
że modlę się do ciebie

Na krótko przed zmierzchem
staniemy w wykuszu Pont Neuf
wrzucając do Sekwany
nasze pocałunki

Na Montmartre
namaluję twój portret
jak wychylasz się z okna funikularu
który unosi cię ku mnie

Pod ażurem sklepienia Tour Eiffel
ujmę w dłonie twoją twarz
i ujrzę w oczach twoich
migoczące cienie tkliwości

Wieczorem
przeprowadzę cię ostrożnie
przez zwodniczą czeluść Saint Denis
zakrywając ustami twe spojrzenia
przed perłami blyszczącymi wsród smiecia

Nocą
naszą nocą
będziemy zupełnie sami w całym Paryżu
który stanie się
naszą bezludną wyspą






Jak to jest?


Więc czyja jesteś: moja? niczyja?-
pytam przez wiatru świst.
Przez kogo dzisiaj tak się upijam,
komu gram Pour Elise?

Dla kogo kwiaty w wszystkich witrynach;
róże, konwalie, mirt?
Czyś ty mimoza, czyś ty dziewczyna?
Czy to był romans, czy flirt?

Czyś przyszła zimą, czy też jesienią,
że jabłkiem pachniesz jak sad?
Czy jesteś gwiazdą, czy jesteś Ziemią?
Czyli-żes rosa czy grad?

Szukać cię w morzu, szukać w obłoku,
przemierzyć najdalszą dal?
Czy jesteś ze mną przy moim boku,
czyś już jest pustka i żal?

Przez kogo świty bladoniebieskie,
przez kogo granatu zmierzch?
Czy byłas? Będziesz? Czy teraz jesteś?
Nie wiem... A ty, czy wiesz?






Nasturcja


Nasturcja to jest kielich miodny,
ma smak i kolor pomaranczy.
A ja to owad słodu głodny,
który na płatkach kwiatu tańczy.

A tyś ten kwiat - nasturcji kielich,
rozchylasz dla mnie swą koronę.
Będziemy się tym słodem dzielić
gdy nocą pojmę cię za żonę.

Potem się przemień w orchideę
i zamknij mnie, bym nie odleciał
kiedy na niebie brzask zadnieje,
bo odejść to jest rzecz człowiecza.

Więc pozostańmy w tym ogrodzie
gdzie kwiaty i owadów tany;
ja sie rozpłynę w twoim miodzie,
a ty bądź kwiat zaczarowany.






Erotyk I


Leżymy obok siebie
Palce moje leniwie przebiegają
klawisze twoich piersi
trącają struny twych ust
delikatnie naciskają guziki powiek

Słyszę harmonię twojego oddechu

Finał rozbrzmiewa
pianissimem naszej krwi






Tahiti


Jeśli wyspy tej naprawdę nigdzie nie ma,
jeśli był to tylko złoty sen Gaugin'a,
wtedy sam ją namaluję,
ciepłym brązem podcieniuję,
jeśli wyspy tej naprawdę nigdzie nie ma.

Będą nam się oceanu fale skrzyły,
będą słońca zachodziły i wschodziły,
a na mokrych piaskach plaży
wielka miłość nam się zdarzy,
oceanu fale będą tam się skrzyły.

I to będzie nasz sen złoty i prawdziwy,
że w miłości naszej same są przypływy
i aż do dna, do zatraty
będziesz moją Vairumati
i to będzie sen nasz złoty, sen prawdziwy.

Gdy zbudzimy się i zniknie gdzieś Tahiti,
pierzchną fale lecz zostaną nam zachwyty,
że tak między nami było,
że się zdarza taka miłość
i nie trzeba szukać jej aż na Tahiti.






Maria


Maria w kuchni układa talerze,
przez drzwi słyszę fajansów gwar srogi,
a gdy kurze ściera w przedpokoju,
to stłumione westchnienia podłogi.

Maria nuci coś sobie w łazience,
może dodać chce sobie otuchy
gdy rozwiesza zmoknięte stadko
białych mewek dziecięce pieluchy.

Czasem zrzędzi, uśmiecha się czasem,
tak jak dzieje się to w wielu domach.
Gdzież mieszkałbym ze swą samotnością?
A gdzie ona, Maria - moja żona?

Lecz naprawdę Marii wcale nie ma,
jestem tylko ja lecz nieżonaty.
A w mym domu zamieszkują ze mną
moje ksiażki, Lary i Penaty.






Myślałem, że cię znam


Myślałem, że już znam cię całą,
żeś jest odkrytą moją gwiazdą,
albo zieloną wyspą małą
znajomą jak rodzinne miasto.

Myślałem, żeś jest jak poemat,
w którego strofy wracam znane
lub ulubiony z Bacha temat,
albo jak słońca wschód nad ranem.

Znałem wszak zapach twoich włosów
i oczu kolor świtem płowym
lub fioletowym zmierzchem wrzosów
kiedy złączone blisko głowy.

Znałem w mej dłoni ciepło twojej,
twe odpowiedzi, twe pytania.
Wiedziałem, żeś jest mym spokojem,
jak wierzba, co się rzece kłania.

Umiałem całą cię na pamięć
przez wszystkie zmienne pory roku:
zimą mi byłaś niby zamieć,
wiosną płynący lód w potoku.

W lecie mi byłaś piasku złotem
przesypującym się w mych dłoniach,
albo jaskółki czarnej lotem.
Jesienią mgłami gdzieś na błoniach.

Myślałem, żeś mi jest tak znana
jak w twoich oczach me odbicie,
jak karta wciaż nie zapisana,
na której sam twe spiszę życie.

I nim pomyślisz, żeby odejść,
już będę wiedział - tak myślałem-
i pierwszy oczy zmrożę chłodem.
Dziś wiem, że wcale cię nie znałem.






Calvados


Popijam Calvados,
a drzwi do kuchni otwarte co wieczór,
bo zapach parzonej "La maison du cafe"
może nim przyjdziesz pod ciepły abażur
wraz z wonią twych perfum wyprzedzą znów cię.

Miłość jak ptaka spłoszyłem w tym liście,
z miłością uciekła spłoszona nadzieja.
Czyje do kogo więc ma być to przyjście,
gdy list tak tlumaczył, że ja to nie ja?

Popijam Calvados,
a sprzęty i ściany i wszystko tak obce-
nieważne, że może czasami nie sam.
Z radia tęsknota za słynnym prochowcem;
gdzie New York, gdzie Kraków, gdzie ty wśród tych ścian?

Ktoś może pozdrowi cię wkrótce ode mnie,
bo właśnie na Plantach ktoś spotkał mnie wczoraj.
Na Plantach jest teraz, wiesz, tak przedwiosennie;
gołębie gruchają, jakby ktoś grał chorał.

Popijam Calvados,
a drzewo za oknem otula się zmrokiem
i razem z ptakami pogrąża się w snach.
Z windy ktoś wysiadł i stanął przed progiem,
nie moim, choć czekam w otwartych już drzwiach.

Calvados sie kończy,
ostatni papieros dopala się razem z kolejnym wieczorem.
Po ilu wieczorach, po ilu dopiero
straconą mą wyspę odkryję nie w porę?

Popijam Calvados...






M O D L I T W A


Od niesłyszenia ocal nas,
Od niewidzenia ocal nas!
Niech nam zabraknie tchu z zachwytu,
niech się dźwigniemy aż do szczytów,
choćbyśmy potem mieli spaść!

Niechaj słyszymy polifonie
anielskich muzykantów glorii,
którym na freskach grać i śpiewać
przykazał Melozzo da Forli.
Niechaj ujrzymy cud Ofiary,
co życia Boga była warta
w niebiańskich chórach Agnus Dei
z "Koronacyjnej Mszy" Mozarta.

Od niesłyszenia ocal nas...

Niechaj w pszenicy korcu ziarnach
z piramid wziętych gdzieś w Egipcie
zachwyci nas po tysiącleciach
zielone kiełkujące życie.
Niech nas przeraża "Taniec Śmierci",
upiory Goi budzą grozę,
niechaj Dantego parzą ognie,
a "Zima" Breughla przejmie mrozem.

Od niewidzenia ocal nas...

Niechaj w pośpiechu naszych ulic,
gdzie twarze obce i nieznane
czyjś płacz nas wzruszy, co dobiega
z telefonicznej budki szklanej.
Niechaj rozpiera nas wesele
gdy chmura zmienia się w obłoki
i radość kiedy czyjeś dziecko
obok nas stawia pierwsze kroki...

Od niesłyszenia ocal nas...






W PÓŁ DROGI

Żonie - po latach

Spod przymkniętych ociężałych powiek
Twój zmęczony spotykam wzrok;
coś usiadło na Twych oczach ołowiem,
w naszym domu coraz większy zmrok.
Nie te same są już Twoje dłonie,
śmiech nie czai się w kącikach ust,
biały włos już spotykam na skroni,
coraz więcej na czole Twym bruzd.

Ale przecież jeszcze dostrzegam
posród śladów przemijań złudnych
moją dawną Królowę Śniegu,
moją Wenus letnich popołudni.
Jeszcze widzę Twój portret z książką
pod brązowym lampy abażurem
w jasnym koku upiętym wstążką,
rozświetlony jesiennym wieczorem.

Dawno znikłaś gdzieś Śniegu Królowo,
popołudnia letniego żar zbladł.
Jesteś teraz jak sierpniowy owoc,
co dojrzewa gdy opadł już kwiat.
Twoje ręce, które były kołyską
naszych dzieci - już nie chcą mych rąk
i Twe oczy już się nie zachłysną
naszych nocnych tajemnic grą.

Ale jeszcze potrafię uwierzyć
w niespełnione Twe obietnice,
że nie wszystko zdążyliśmy przeżyć,
że się znów kiedyś Tobą zachwycę.
Że przypomnisz słowo dziś zagubione
w codzienności jakże szarej wirze,
słowo "zawsze" niegdyś rzucone,
dziś, gdy "zawsze" jest już znacznie bliżej...






T O R E R O


On kocha ją, on kocha ją
ale czy pragnie, czy pożąda?
On kocha ją, on kocha ją
Gdy tysiąc oczu nań spogląda.
On kocha ją, on kocha ją
ale czy pragnie tak do końca?
On kocha ją, on kocha ją
zawsze w popołudniowych słońcach.

Ona wpierw lekko rozpostarta
na nisko pochylonych rogach
potem brzemienna ostrym bólem
na chwiejnie stąpających nogach.
Kopyta wryte w piach areny
Już gotujące się do skoku.
On wie: uderzyć musi z góry,
on wie: nie wolno nigdy z boku!

On kocha ją, on kocha ją
lecz czy pożada jej, czy pragnie?
On kocha ją, on kocha ją
lecz co w swym sercu skrywa na dnie?
On kocha ją, on kocha ją-
uczucie wielkie, nieodparte,
on kocha ją, on kocha ją-
groźną i piękną La Muerte.

O, La Muerte, mroczna, słodka,
jeśli go weźmiesz w swe ramiona
w niedzielne jasne popołudnie,
publiczność będzie zawiedziona.
O, La Muerte, La Muerte,
niechże cię dzisiaj inni zajmą,
a jemu daj zamiast spełnienia,
na pocieszenie tryumf daj mu!
Niechże cię jeszcze dalej kocha,
choć nie pożąda cię, nie pragnie.
Wiesz przecież: na arenie nigdy
żadna kurtyna nie opadnie.
Więc zanim słońce się pochyli,
nim zacznie wczesny zmierzch zapadać
niech bezwzajemne to spełnienie
zastąpi krótka estocada.
W popołudniowym tym spektaklu
tylko was dwoje bohaterów.
Ole, Muerte! - tak on woła-
a tlumu wrzask: ole, torero!

Lecz kiedy wreszcie się przydarzy
coś, czego nie da się naprawić,
nikt się nie dowie nigdy czy to,
to była miłość czy nienawiść.






Z cyklu "Bezsenność z Tobą"

*********

twoja pierś lewa
to księżyc wschodzący
pierś prawa
to zachodzący księżyc

a pośrodku pełnia

**********

pochylam się
nad twoim źródłem
nigdy nie wyczerpanym
moimi pragnieniami

**********

zabłądziłem
w twoich włosach
poszukując
rozbieganych moich dłoni

pozwól mi
przeczekać tą noc
na wysepce twoich ust

***********

zasłuchany
w twój niecierpliwy oddech
uwierzyłem na zawsze
że nie może być
bliżej

***********

wzięłaś już wszystko
a jeszcze tyle pozostało

spróbujmy
podzielić to sprawiedliwie

*********

wszystkiego
co chciałem ci powiedzieć
dowiedziałaś się już
z mojego milczenia

**********




<< powrót