Poezja

E.E. Jeziorek

E.E. Jeziorek

A my tylko do sauny

Piękny wtorek, września ósmego,
roku pańskiego dwa tysiące
dwudziestego szóstego.

Dziewiąta trzydzieści.

Jedziemy jak zawsze do sauny.
Po drodze chcemy nieco zboczyć,
by do urzędu z papierami
na krótką chwilę skoczyć.

Ubrani całkiem letnio,
ja w krótkich spodenkach.
Do urzędu nie trzeba się stroić,
gdy wszystko ma się w rękach.

Dziewiąta pięćdziesiąt.

Pani sprawdza dokumenty,
niemiecka biurokracja pracuje.
My zaś cieszymy się z puenty,
że w końcu wszystko pasuje.

I tak, spiesząc się do sauny,
o nic więcej nie pytamy.
Jesteśmy tu tylko na chwilę —
załatwiamy i zmykamy.

Dziesiąta piętnaście.

„Jaki termin ślubu chcecie państwo zaplanować?”

„Jak najszybciej,
bo na kocią łapę żyjemy.
I dłużej już…
czekać nie możemy”.

Pani riposta była szczera:
„Mogę udzielić państwu ślubu.
Nawet tu i teraz”.

Patrząc na siebie,
razem mówimy:
„Czemu nie?
Tak, poprosimy!”

Dziesiąta dwadzieścia osiem.

Już po wszystkim — świetna sprawa.
Mąż i żona, jak w piosenkach.
Wszystko w zgodzie z literą prawa.
Ja wciąż w krótkich spodenkach.

Weszliśmy oddać dokumenty,
a wyszło z tego ślubowanie.
Za drzwiami ten sam wtorek.
Przed nami saunowanie.

Po co przyzwyczajeń się wyzbywać?
Choć ślub wzięliśmy po drodze,
to przecież jeszcze nie powód,
by ciała małżonków zaniedbywać.